+48 663 770 036 pieramalgosia@gmail.com

Poczytajcie wstęp o kobietach do mojej książeczki o pewnej niepokornej hrabinie, walczącej o swoje autentyczne życie, twórczość, radość i co tam jeszcze wiąże sie z wolnością i afirmacją życia – i pięknem bez wieku. Ogrody nieodmiennie łączą sie dla mnie z literaturą i kobiecością – a efekt to swoista ponadczasowa wartość naturalnego piękna- samego w sobie, promieniejącego wokół czyms trudnym do podrobienia i naśladowania…

Ogrody wyobraźni kobiet

,,Tu me królestwo, mój sad jedyny ciężki jabłkami w parowach słodki owoc leszczyny zrywam garściami tu jest studnia, kędy się chłodzi napój cienisty tutaj rzeżuchę zrywam w ogrodzie od rosy czystym.” Pieśń Eremity, VIII lub IX wiek. Irlandia (przekład E.Bryll)

Napisałam i przestraszyłam się. Czy istnieją takie ogrody i czy zdołam o nich napisać – ba naszkicować choć z daleka zarysy wewnętrznych pejzaży kobiet, które z wyobraźni i przyrody uczyniły swą arkadię – ucieczkę – swój alternatywny świat.

Owe słabe eteryczne istoty przez stulecia kroczyły na marginesie świata – pochylając się nad kwiatkiem, trawką czy ziołem w poszukiwaniu swoich nisz – swych pól subtelniejszych energii… Swoistego kodu porozumienia słabo czytelnego dla mężczyzn.

To są szkice – niewprawną – niedokończoną kreską. Czasem drżącą i rozmytą. Każdy na ziemi zostawia swój ślad, nasycony swoistą, tylko jemu właściwą energią, wypełniony osobistym kodem marzeń i myśli.

Ale zdążamy również śladami innych – raźno buszując po ogrodach cudzych wyobrażeń…

Kiedy idę polną drogą, łąką czy ścieżką – myślę o Jane Austen, przebiegającej mnóstwo takich pieszych dystansów w Chawton czy Steventon. Wystarczy zerknąć do jakiejkolwiek powieści.  A gdy pochylam się nad bratkami i wisterią spogląda na mnie rozmarzona twarz hrabiny von Arnim z czasów ,,Samotnego lata” czy ,,Czarownego kwietnia”

,, Był wieczór Majowego Dnia i wiosna wzięła w posiadanie moje ciało i duszę. Niebo było pełne gwiazd, ogród zapachów a rabatki pełne lotów – wonnych i słodkich, figlarnych bratków. Cały dzień lekko wiało i cały dzień powolne masy białych obłoków żeglowały poprzez błękit. Teraz było cicho, tak bez ruchu, jakby bez tchu, że wydawało się jakby spokojna dłoń położyła się na powierzchni ogrodu wygładzając i uciszając wszystko.”

W czasie chandry i deszczu postać królika Piotrusia na tle sielskiego, angielskiego domostwa żwawo domaga się uwagi wśród starych, XIX – wiecznych ramek, oto puszcza oko cicha Beatrix Potter – wiejska ścieżka i przydrożne rumianki i maki – to jest to.

Kiedyś wpadłam na pomysł, żeby ozdobić techniką decoupage kuchnię właśnie w motywy z powiastek Potter. Sielskie angielskie domostwa niech rozgoszczą się na moich misach donicach i pudełkach… Może tez Tycia Myszka, Tomek Kociak i reszta. Coś takiego jest w tych obrazkach – że ogrzewa i rozrzewnia duszę – nie tylko dziecięcą.

– – –

One miały nad sobą stalowy uścisk patriarchatu – w owych czasach o wolności – jakiejkolwiek mogły zapomnieć – wiek XIX sztywny i męski nie sprzyjał kobiecie jako człowiekowi. Współcześnie – my mamy wyścig szczurów i jeszcze silniejszy nacisk cywilizacyjny-miejska dżungla to nie miejsce dla mięczaków. Plus oczywiście dalej –patriarchat.

„Kobieta nie jest kapłanem, nie stoi na czele rządu, nie zajmuje stanowisk, które by wymagały od niej pełni głosu. Niektórzy twierdzą, że to nieważne, czy kobiety mówią, czy nie, po co baby mają coś klekotać, co one mają do powiedzenia. W ten sposób traktuje się połowę ludzkości. Jestem przekonana ,że gdyby kobiety odzyskały głos uaktywniły się intelektualnie, byłoby nam wszystkim lepiej -mówi prof. Maria Janion.” (Zwierciadło XII 2004)

– – –

Czy nie macie wrażenia – patrząc czasem na bujnie rozwijającą się wiosną naturę – że przyroda stanowi jakiś dziwny, inny kompletnie alternatywny świat. Zupełnie odrębny od ludzkiego,mądrzejszy i taki stabilny… Kobiety od wieków zaznaczały swój związek z nią zwłaszcza te, które ,,wiedzą”- wiedźmy, babki, szamanki… Czerpały stamtąd nie limitowaną żadnymi uprzedzeniami wiedzę w stanie czystym – pierwotną rzec można, mającą zatem w sobie boski pierwiastek…

Druga połowa życia – mówią elegancko, przekwit, starość, starzenie się, stawanie matroną – to już bliżej życia – pojęcia wtopione w zbiorową świadomość, znane wam na co dzień – więc rozpaczliwie uciekamy – stroimy się – skracamy spódnice, bierzemy kosmetyczki w obroty – by nagle po jakimś czasie zasiąść zrezygnowane z robótką przed telewizorem – pokrzykując i narzekając – na męża pogodę polityków. Pas – mówimy i składamy broń. Siwe włosy, coraz bardziej niemodne stroje i szklany wzrok wpatrzony w cudze wymyślone życie w kolejnym odcinku ,,Mody na sukces’.

No chyba że wolimy model ,,dzidzia piernik”, czyli ,,patrzcie jaka jestem nastolatką po 50”. Patrzę na takie kobiety na ulicy i zastanawiam się – czy dane nam jest tylko 40 w miarę normalnych lat – a to co potem – to tylko rachunki – za młodość, radość i beztroskę.

Więcej wzorów na tę część życia nie wymyślono… a na finiszu czai się staruszka i potrząsa pomarszczoną dłonią.

A może by tak po tej smudze cienia –magicznej 40 –po prostu odzyskać życie? Pójść inną drogą -całkiem inną. Bez wdzięczenia się, rozpaczy czy totalnej niezgody. Czas wykształcenia, rodzenia i wychowywania – to epoka witalnego ciała, hormonów i zawodowych karier – potem ów rozpędzony kierat zwalnia – można stanąć i zajrzeć do tajemniczego ogrodu, który do tej pory obok nas rósł –niezauważony… Druga połowa życia jako czas intuicji i natchnień – roślin i ziół – wnikania w świat wyobraźni innych kobiet, twórczyń – tych co przed nami zostawiły dla nas wiadomości – to trochę jak zabawa w podchody – tu myśl – tam obraz – a tam dalej po prostu bukiet kwiatów.

Spójrzmy na niezmordowaną Ann Wigmore,która, gdyby nie zginęła w pożarze w wieku 84 – kto wie ile by żyła na swoich ,,żywych” pokarmach? Ta kobieta urodzona na Litwie,wychowana przez babcię, niezachwianie ufającą w leczniczą moc natury, pewnie nie miała zbyt silnego kryzysu wieku średniego – w ferworze badań nad kiełkami i siłami kuracyjnymi róznych traw… tworząc Instytut Hipokratesa (niech twoja żywność będzie twoim lekarstwem)… Tak, tak pokiwamy głowami ze zrozumieniem i weźmiemy się za schabowego, bez surówki lub z jakaś wymęczoną trawą ze słoika.

Ann Wigmore. To właśnie ona rozpropagowala leczenie kielkami, sokiem z kiełków pszenicy rejuvenation – generalnie żywnością surową, bez udziału ciepła przygotowaną, bo wg niej pokarmy ożywione wytwarzają żywe ciało, pokarmy obumarłe ciało martwe – zważywszy na ilość chorób wokół – coś chyba w tym jest. Mnóstwo osób żle trawi surówk i- ważne novum wg A. Wigmore – należy surowe pokarmy miksować w blenderze to bardzo ułatwia trawienie, orzechy trzeba moczyć, w tym samym celu oraz by uaktywnić enzymy. Zapamiętać – żywe ożywia.

Na drugą połowę życia styl Ann jest całkiem, całkiem. Frajdą jest robić te soki i żywe jarzynowe zupy i sosy, jeść owoce do woli… Lecz w naszym klimacie można tak postępować tylko latem i wiosną – zimą i jesienią trzeba organizm ocieplać – ale to już inny temat…

Ann – ożywiona pasją, w swoim Instytucie wydawała się być kobietą bez wieku, pomagała innym, ciągle coś ją fascynowało w naturze świata. Kiedy pochylała się nad zieloną trawką pszenicy-widziała ocalenie – w jej zieloności i życiu ,jakie niesie. Jej wyobraźnia wypełniona roślinami tworzyła barwne bukiety-o coraz to innym składzie-kreujące nowe przestrzenie zdrowotne.To był jej cel-uczyć i odkrywać wiedzę z księgi Przyrody. Idąc tropem myślenia Ann-o tej zieloności-odkryłam zwyczajną,swojską pietruszkę-mieć ją na grządce to podstawa.Miksuję ją z pomarańczą ,paroma listkami mniszka i połową szklanki mineralnej.Wychodzi super zielona bomba witaminowa. Sądzę,że wypowiedź pewnej Amerykanki przybliży nam jak działa ,,ogród wyobraźni Ann”,jej wizja,której kształt realny opisano niżej: ,,Wiele uzdrowisk wybudowało swoją terapię na niewiarygodnych wynikach codziennego picia zielonych napojów. Najbardziej znanymi są instytuty kontynuujące tradycję Ann Wigmore.Wśród spokojnych lasów florydzkiej West Palm Beach znajduje się oaza zdrowia, gdzie spotykają się ludzie z całego swiata, by naprawić swoje ciała i ożywić umysł. To spokojne trzydzieścioakrowe zacisze utrzymuje i dalej poszerza wizję Ann Wigmore i Viktora Kulvinskasa, którzy założyli pierwszy instytut zdrowia Hipokratesa w Bostonie w 1960 roku. Brian Clement był jednym z najlepszych menedżerów Ann, który zdecydował się założył własne przedsiębiorstwo 1700 kilometrów na południe, w Słonecznym stanie. Dziś, nowy Hipokrates jest latarnią, która tysiącom ludzi świeci na drogę do uzyskania zdrowia za pośrednictwem żywej żywności i napojów z traw. Pobyt w Hipokratesie obejmuje zazwyczaj trzytygodniowy „Program życiowej zmiany”, podczas którego ludzie leczą się bez użycia leków. Chociaż wśród personelu są dwaj lekarze (poleca się przywieźć kompletną dokumentację medyczną i własne leki) nie chodzi tutaj o szpital. Są oni bardziej nauczycielami niż lekarzami. Kiedy w szpitalach można poczuć się niedobrze od jedzenia i lekarstw, można mieć depresje z powodu zachowania personelu i z atmosfery, to Hipokrates orzeźwia duszę przy pomocy niepowtarzalnej natury, pozytywnie motywowanego towarzystwa i terapii, które nie są bolesne, ale przyjemne. Mają trzy baseny, których nie czyszczą chlorem, lecz ozonem, jacuzzi, saunę i komorę parową, która została zainspirowana przez szamanów indiańskich. W ich siłowni są „pedałowe młyny”, piłki, na których można skakać, łóżko hydrosoniczne, korektor biorytmów, można także biegać po okolicznych ścieżkach. Gmach uzdrowiska znajduje się nad jeziorem i można znaleźć w nim oddziały, w których przeprowadza się płukanie okrężnicy, stosuje się masaże, hydroterapię, akupunkturę, refleksologię, homeopatię, chiropraktykę, kinezjologię, psychoterapię, ćwiczy się jogę, shiatsu, przeprowadzają głębokie masaże, drenaż limfatyczny, wyrownuje się biegunowość energii. Oferują się tu również terapię magnetyczną, podczas której leży się w środku pola magnetycznego, podwyższającego wymianę jonową pomiędzy wewnętrzną i zewnętrzną ścianą komórkową i wspiera funkcję komórki nawet w ciężko dostępnych miejscach. Lecząc ciało, te metody jednocześnie również relaksują umysł i duszę. W Hipokratesie hodują trawę w klimatyzowanej szklarni ze specjalnym oświetleniem. Bar oferujący trawę i napoje z niej robione jest czynny 24 godziny na dobę i jest samoobsługowy. Chociaż wszystko zależy od indywidualnych potrzeb, głównie znajdziecie tutaj diety sokowe, programy detoksykacyjne z lewatywami, płukanie i doodbytnicze podawania trawy. Kiedy będą Państwo gotowi do spożywania pokarmów stałych, będą to wyłącznie pokarmy wspierające wigor życiowy i dające prawdziwą radość. Hipokrates oferuje również dziewięciotygodniowe programy szkoleniowe, co oznacza szkolenie dla ludzi, którzy chcą włączyć nutrycyjne oraz terapeutyczne dyscypliny i styl życia z Hipokratesa do swojego życia. Wielu ludzi nawet zmienia swoją karierę i zaczyna uprawiać trawy, ewentualnie zostają konsultantami w dziedzinie odżywiania, albo zaczynają pracować w podobnej dziedzinie, zajmującej się zdrową żywnością. Po moim pobycie w Hipokratesie dalej ścisle przestrzegałam programu. Nie tylko pozbyłam się złośliwego nowotworu piersi, ale podwyższył się też mój poziom energii, polepszył się stan skóry i włosów. I co najważniejsze – już prawie od dziesięciu lat nie mam raka. Do instytutu wracam dwa razy w roku, by się pokrzepić i zaczerpnąć inspiracji. Rachel Budnick, Chicago, Illinois To nie tylko substancje odżwycze i fitochemikalia czynią z trawy środek terapeutyczny, ale również tlen i właściwości świeżego żywego soku. Piję żywe soki z pietruszki,szczypiorku rukoli razem z cytryną i mineralną -miłe jest uczucie gdy zieloność wnika w ciało,odżywia je i pomaga znieść skutki upływu czasu.Po magicznej 40 organizm nam się odwdzięczy, bo jak kania dżdżu pragnie chlorofilu… Przecież czas nie musi upływać przeciwko nam.To nic ,że każe patrzeć w lustro i dostrzegać przede wszystkim zmarszczki i siwe włosy.To nic,że zdrowie trochę szwankuje a my myślimy –to już-po balu.Nic-pod jednym warunkiem,że oprócz zalu za młodością jest w nas coś jeszcze.Napęd ,który nie pozwoli się poddać,chęć zycia i pasje, które jak bufor pomogą pokonać kolejne zakręty. Tak jak możemy to np. doskonale obserwować w życiu pisarki Elizabeth von Arnim. Eliksir słów W zgiełku istnienia szukam prawdziwych słów-szukam w nich schronienia-rady-i wiedzy. Czytanie i pisanie funduje ocalenie duszy ,daje ciszę i zamyślenie.Można zanurzyć się w nie jak w morską wodę czy ciepły piasek. Tym razem drążę słowami dawne istnienie pewnej niepokornej hrabiny co zaklęła swój ogród w literaturę .